Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 października 2019

Recenzja - Artemizja - Nathalie Ferlut i Tamia Baudouin

Marginesy to wydawnictwo założone w 2008 r., które przebojem weszło na polski rynek komiksu i powieści graficznej w marcu bieżącego roku. Za wybór tytułów odpowiada Szymon Holcman, od lat związany z popularyzacją tego medium nad Wisłą, współtworzący jedną z moich ulubionych oficyn – kulturę gniewu. Trzeba przyznać, że dzięki jego zaangażowaniu w nowy projekt, do polskich czytelników trafiło w tym roku kilka ambitnych i niebanalnych tytułów, z których najbliższym mi jest Artemizja Nathalie Ferlut i Tamii Baudouin.


Urodzona w 1593 r. Artemizja, córka znanego malarza Orazia Gentileschiego, przyuczana przez ojca do malarskiego fachu od najmłodszych lat, objawiła swój wielki talent już w 13 roku życia, tworząc obraz przedstawiający Matkę Boską – zapowiedź późniejszych triumfów artystycznych. Była przy tym bardziej uzdolniona niż trzej jej bracia, którzy również starali się zaistnieć w świecie sztuki, do którego dostęp w XVII i XVIII wieku był na różne sposoby limitowany. To, że mimo piętrzących się przed kobietą przeszkód, udało jej się wejść do malarskiego panteonu swoich czasów, zakrawa na cud i jest dowodem nie tylko niebywałego talentu, pracowitości, siły charakteru i hartu ducha, ale też szczęścia, którego zabrakło wielu innym, zapomnianym dzisiaj malarkom, których historie i spuścizna pokrywa gęsty cień. Warto przede wszystkim przypomnieć, że Artemizja została przyjęta (w 1616 r.) jako pierwsza kobieta do florenckiej „Accademia del Disegno”, zrzeszającej najwybitniejszych artystów i uczonych. Malowała dla dworów królewskich Europy, dla arystokracji świeckiej i kościelnej, a nawet dla samego papieża. Malarka, matka, ofiara gwałtu, prekursorka i wolnomyślicielka – to tylko kilka etykiet, które można próbować przypiąć do jej bogatych sukni, a które w żaden sposób nie wyczerpują bogactwa jej dorobku i doświadczenia.


Warstwa fabularna komiksu jest bardzo bogata i wynika to nie tylko z talentu autorki scenariusza, ale i z barwnej, choć zawikłanej, a wielu miejscach dramatycznej biografii samej Getileschi. Komiksowa historia Artemizji wyszła spod ręki Nathalie Ferlut, która łączy w swoim portfolio plastykę i twórczość literacką, zajmując się zarówno rysowaniem komiksów, animacji i ilustracji, jak i tworzeniem fabuł dla innych artystów. Historia toczy się na kilku planach czasowych, przyjmując elegancką, szkatułkową formę, w której kolejne wątki połączone są wspólnym mianownikiem kobiecych narracji. Interesujące jest też śledzenie ewolucji relacji między postaciami, szczególnie tych łączących bohaterkę z ojcem i z braćmi. Drobne przekłamania historyczne (jak chociażby fakt, że mąż Artemizji pojął ją za żonę nie tylko „z czystego uczucia”, ale i za sowitą opłatą) nie zakłócają wymowy całości dzieła i życiorysu. Wielbicielom historii sztuki polecam połączenie lektury komiksu (któremu towarzyszy zresztą posłowie opisujące szczegóły biografii artystki) z popularnonaukowym artykułem o samej malarce (z portalu Niezła sztuka, który serdecznie polecam).




Za warstwę plastyczną komiksu odpowiada Tamia Baudouin, mieszkająca w Japonii francuska twórczyni komiksów, współpracująca również z branżą modową. Ta ostatnia okoliczność w wyraźny sposób zaznacza się również w Artemizji, przekładając się na pieczołowitość i smak, z jakimi oddano bogate kostiumy z epoki. Bogata paleta rozbielonych barw, które znajdziemy na kartach komiksu, nie powtarza wyborów malarskich Gentileschi (słynącej z dużego nasycenia swoich prac kolorem), a raczej stanowi dla nich ciekawy kontrast. Ekspresja przesunięta jest z barwy na rysunek – postaci sportretowane są dynamicznie, podkreślona jest ich emocjonalność i mimika, co z kolei współgra z pracami Włoszki. Baudouin wędruje w swoich wyborach estetycznych po podobnych okolicach co Sfar czy Blain, co stanowi dla mnie niewątpliwą zaletę tego komiksu, który jednocześnie jest lekki i nasycony, bogaty od strony plastycznej.


Artemizja to dobry wybór nie tylko dla miłośników sztuki czy osób zainteresowanych przywracaniem z zapomnienia historii kobiet o znaczącym wkładzie w kulturę. To także dobrze opowiedziana, pełna emocji i zwrotów akcji opowieść, która ukazuje wielowątkową biografię artystki na tle nie mniej burzliwej i malowniczej epoki. Komiks trafi zarówno do osób, które zetknęły się wcześniej z postacią Gentileschi, jak i do czytelników, którzy dotychczas trzymali historię sztuki na dystans. Oby więcej takich tytułów!

sobota, 14 lipca 2018

Coco i jej mała czarna sukienka - recenzja


W języku angielskim istnieje niezbyt chwalebne, ale też nie pozostawiające niedomówień określenie „chic lit” – literatury przez niezbyt wielkie L pisanej z myślą o „nas, dziewczynach”. Bridget Jonesy, Diabły u Prady i cała reszta Niań w Nowym Jorku powołana została do życia, by bawić i krzepić oraz podtrzymywać wyobrażenie o dorosłej wersji koloru różowego. „Chic lit” ma też swoją odmianę dla niedorosłego odbiorcy, którą łatwo poznać po wybrokatowaniu, ozłoceniu i/lub generalnym sksiężniczkowaniu publikacji. Propozycja Muchomora – „Coco i jej mała czarna sukienka” Annemarie van Haeringen – stoi blisko granicy „mini chic lit”, ale jej nie przekracza.

Od strony graficznej książka wydaje się skazana na sukces komercyjny. Świetny, powszechnie rozpoznawalny design chanelowskiego flakonu i wyraziste kontrasty kolorystyczne powodują, że okładka magnetyzuje spojrzenie; przyjazne, delikatnie zinfantylizowane ilustracje wchodzą w oczy jak nóż w masło. 


Pierwsza wyklejka inspirowana wykrojem krawieckim jest jedynym śmielszym pomysłem ilustratorskim w książce, a i on jest dość estetycznie „przycięty”, by nic nie zakłócało jego błogosławionej czytelności. A jednak nie można odmówić tej warstwie książki pewnego specyficznego uroku, jaki mają np. makaroniki. Autorka stawia na proste, żywe, a czasem nieco dowcipne ilustracje, w których pobrzmiewa graficzne echo Sempego. Ich kolory i słodycz, a prawdopodobnie również fotogeniczność, składają się na immanentną makaronikowatość oprawy graficznej tej publikacji, którą wiele odbiorców na pewno polubi aż do zasłodzenia.



Fabuła książki nie omija trudnych wątków z życia Coco Chanel (zwł. z najwcześniejszego jego etapu), pokazuje ogrom pracy potrzebny do zaistnienia i wybicia się na niepodległość, pionierskość pewnych rozwiązań i postaw, a jednak im dalej w tekst, tym bardziej PIĘKNE UBRANIA stają się najważniejsze na świecie, będąc uniwersalną receptą na wszelkie bolączki i potrzeby kobiecego życia. Zwieńczeniem tego typu myślenia jest kończące książkę zdanie „[Coco] Ubrana w zgrabny strój, nie jest już kopciuszkiem”. Abstrahując od niepotrzebnego przecinka – czy naprawdę o to chodzi w tej historii? 


Propozycja Muchomora na pewno będzie świetnym prezentem dla osób, które nie usiłują zbawiać cywilizacji przez książki, a zwłaszcza dla mniejszych lub większych, przyszłych i obecnych entuzjastek świata mody. Widzę ją na szklanych stolikach w zakładach fryzjerskich i stomatologicznych, w salonikach mody dziecięcej i pastelowych kawiarniach, generalnie wszędzie tam, gdzie dzieci trzeba zająć czymś nieszkodliwym. Tylko tyle lub aż tyle – zależy czego szukacie.

niedziela, 28 stycznia 2018

Elementarze designu od Wytwórni - recenzja

Dzisiaj biorę pod lupę książkowe rodzeństwo od „Wytwórni”Ilustrowany elementarz dizajnu, czyli 100 rzeczy narysowanych przez 25 ilustratorów oraz Ilustrowany elementarz polskiego dizajnu, czyli 100 projektów narysowanych przez 25 ilustratorów.


Zazwyczaj swoich zakupów książkowych dokonuję przez internet, nawigując przez dziesiątki stron w poszukiwaniu tytułu, który sprawi, że moja garażowoilustracyjna struna wyda częsty, wysoki dźwięk „O”. W wypadku książek spod ręki Ewy Solarz był to początkowo trójdźwięk „O”, „O” i „O?”, ponieważ w niewielkim odstępie czasu moją uwagę przykuły trzy bardzo do siebie zbliżone stylistycznie, choć różne pod względem formatu okładki. Przyznam, że w pierwszym momencie wprowadziło mnie to w stan delikatnej konfuzji. Trzy elementarze designu, wydane niemal równocześnie w jednym wydawnictwie? Koncepcja wydawała mi się dość śmiała, a jednak mimo to faktom nie da się przeczyć. Dwa większe tomy to polsko- i angielskojęzyczna wersja tytułu opowiadającego o perłach rodzimego wzornictwa, mniejsza książka przedstawia zaś sto wybranych projektów z całego świata. Po odsunięciu na bok angielskiej edycji dostajemy więc dwie w pewnej mierze podobne, a w pewnej mierze różne pozycje. Przyjrzyjmy się im bliżej.


Obie publikacje powstały w oparciu o autorską koncepcję Ewy Solarz, która zaprosiła do współpracy nad każdym z tytułów 25 polskich ilustratorów młodego i średniego pokolenia. Pomysł na Elementarze jest piętrowy; chodzi nie tylko, by pokazać i opisać po 100 przykładów wzornictwa, ale również, by zaprezentować styl ilustracji poszczególnych artystów. Każdy z nich wykonał w sumie 4 prace, które zapełniają 4 kolejne strony publikacji. Zestawienie ich w spójne i czytelne tomy było nie lada wyzwaniem – za tę pracę należą się niewątpliwie oklaski.  


Ze względu na powtórzenia w doborze nazwisk, obie książki zilustrowało łącznie 36 artystów; są to właściwie same gwiazdy, z niewielką domieszką osób, które nie zdążyły jeszcze tak mocno wyeksponować swojego nazwiska na krajowej i międzynarodowej scenie ilustracyjnej. Od Jana Bajtlika, Iwony Chmielewskiej i Pawła Pawlaka, przez Endo, Olę Niepsuj i Emilię Dziubak, na Dennisie Wojdzie, Tomaszu Leśniaku czy Katarzynie Boguckiej kończąc – wachlarz artystów zrobi wrażenie nawet na początkującym amatorze sztuki ilustracji. Zastanawiam się wprawdzie, czemu tak niewiele jest w ostatecznym zestawieniu twórców z roczników 60-tych i starszych; naliczyłam ich dokładnie pięciu: Pawła Pawlaka, Iwonę Chmielewską, Pawła Jońcę, Piotra Młodożeńca i Grażkę Lange, z czego w tomie „ogólnym”, zielonym, znalazł się tylko Jońca. Na to pytanie odpowiedź zna jednak prawdopodobnie tylko wydawca i sama autorka.


Od tego momentu obu książek nie można omawiać jednocześnie. Zacznijmy więc od Ilustrowanego elementarza polskiego dizajnu. Treść na stronie otwiera litera i rok, następnie pojawia się nazwisko ilustratora, niżej nazwa rzeczy, jej projektanci i producenci, na końcu zaś opis, nieraz ubarwiony anegdotką. W wypadku „polskiego elementarza” układ alfabetyczny został wykorzystany do uszeregowania ilustratorów. Zaczynamy więc od Ambrożewskiego, który na start przygotował oszczędną, syntetyczną grafikę ze słynnym Smokiem Wawelskim z 1918 r., zabawką projektu Zofii Stryjeńskiej. Przy pobieżnej lekturze może nam łatwo umknąć fakt, że równolegle z literami alfabetu biegną w książce również lata. Każda kolejna strona to jeden rok z historii polskiego wzornictwa i jedna wyrażająca jego ducha rzecz. 


Sposób zakomponowania informacji jest dość czytelny, jednak szczyptę chaosu wprowadza powiązanie litery nie z nazwą rzeczy czy nazwiskiem projektanta, ale właśnie z ilustratorem. Nie jest to jednak duża niedogodność, choć osobiście pewnie wolałabym słowo „leksykon” i zrezygnowanie z liter, a trzymanie się lat.
Wielkie wyrazy uznania należą się autorkom opisów – Ewie Solorz, Agacie Szydłowskiej i Agnieszce Kowalskiej. Przy bardzo niewielkiej objętości tekstu udało się im przemycić do książki mnóstwo informacji, ciekawych opowieści i smaczków, które zainteresują zarówno dorosłych odbiorców, jak i dzieci. Nie brakło też odniesień do tła inżynieryjnego, społecznego i historycznego, które wspaniale zakorzeniają wzornictwo poza światem odbioru estetycznego, co jest przecież zupełnie naturalne.


Co do ilustracji – skoro książka otrzymała w konkursie Polskiej Sekcji IBBY tytuł Książki roku 2017, a dokładnie nagrodę graficzną za ilustracje i koncepcję graficzną, wiemy, że nie może być źle. Jestem fanką geometrycznych wyklejek i liternictwa tej publikacji oraz jej niesamowitej różnorodności stylistycznej w obszarze zajętym przez ilustracje. Nie jest to jednak (przeważnie) werystyczny leksykon odrysowywany ze zdjęć. Podejście autorów do tzw. prawdy obiektu jest bardzo rozmaite i na przestrzeni książki układa się w kontinuum rozpięte między dosłownością a aluzją. Maciek Blaźniak, Emilia Dziubak i Paweł Jońca zaczynają tę oś od strony „wierności”, a Marta Ignerska, Piotr Młodożeniec i Małgorzata Gurowska naprężają ją z drugiej strony, przydając więcej uwagi autorskiemu przetworzeniu. 


Reszta ilustratorów wybiera drogę środka. Na osobne wyróżnienie zasługują strony zaprojektowane przez Iwonę Chmielewską, która jako jedyna zaproponowała tak jednolitą koncepcję, w sposób naturalny „aranżującą” trzy przedmioty w jednym, oglądanym z różnych perspektyw wnętrzu. Z radością patrzyłam też na kolorowe wariacje Ady Buchholc i bardzo ciekawe, nienarzucające się, wyciszone rozwiązania Pawła Pawlaka, po raz kolejny zaskakującego rozpiętością estetyk, w których ze swobodą operuje.


Dla wielbicieli porządku i prawdy przygotowano też "wizualny spis treści" - zestawienie piktogramów (świetna robota!) opracowanych przez Acapulco Studio. Wszystkie przedstawione w książce obiekty są tu czytelnie podane, wraz z datą, nazwą i nazwiskiem projektanta. Jest to ważne, porządkujące i potrzebne uzupełnienie, które domyka i podsumowuje tom, pozwala też szybko odnaleźć interesujący nas przedmiot, które wygląd szybciej do nas przemawia niż fabryczna nazwa. Jest to jednocześnie "wielki nieobecny" drugiego tomu, poświęconego designowi „w ogóle”, w którym zastosowano czysto tekstowe wylistowanie – ze stratą dla efektu i funkcjonalności.


Ilustrowany elementarz dizajnu sprawia na mnie wrażenie książki „bardziej dla dzieci”. Pisząc tę nic w zasadzie nieznaczącą i trochę względem dzieci obraźliwą frazę sama się jej wstydzę, ale postaram się wytłumaczyć. Już wstęp, rozpoczynający się zdaniem „Drogi rodzicu, drogi dzieciaku” zapowiada odbiorcę i sposób podania treści. Po prostu jest prościej, krócej i w ogóle bardziej „do przodu”. Zdecydowano się na utrzymanie  porządku alfabetycznego przy prezentacji obiektów, na pierwszy ogień trafił więc aparat, całość zaś zamyka żarówka. Opisy, tym razem autorstwa Ewy Solarz solo, są znacznie krótsze i być może przez to odrobinę mniej zajmujące niż w przypadku tych w Polskim dizajnie. Dobór obiektów umotywowany jest chyba ich powszechnością; niemal wszystkie (może z wyjątkiem maszyny do pisania) tworzą codzienne otoczenie dziecka i zakładam, że taki był zamysł tej publikacji. W związku z przyjętym schematem kompozycyjnym mam – w porównaniu z książką o polskim wzornictwie – dużo więcej pytań z rodzaju „a dlaczego akurat ten…” – stół, krzesło, samolot. Oczywiste jest jednak, że każdy czytelnik i miłośnik designu będzie konfrontował swoje gusta i sympatie z wyborami autorki, więc jest to uwaga właściwie niewiele wnosząca, ale powracająca do mnie na etapie lektury kilkakrotnie.


Mam też pewien opór wobec ustawiania granicy historycznej terminu „dizajn” na początku XX wieku. Zdecydowana większość obiektów pokazanych w książce została zaprojektowana po 1950 r., a warto byłoby pokazać, że projektowanie ma swoje korzenie nie tylko w XIX wieku (industrializacja!), ale i w kilkunastowiecznych i starszych tradycjach rzemieślniczych i artystycznych. W przypadku Polskiego dizajnu startu w XX wieku bronił fakt, że na rok rozpoczęcia wybrano ten, w którym nasz kraj odzyskał niepodległość. W „ogólnym” elementarzu motywacja pokazania głównie współczesnych rozwiązań nie została przedstawiona, podobnie jak zabrakło tu np. krojów czcionek występujących w drugiej publikacji (wdzięcznym tematem byłyby też logotypy, chociażby McDonalda).


A ilustracje? Tutaj skłonność do weryzmu jest nieco większa niż we wcześniej omówionym tomie, a prace są bardziej przystępne w odbiorze. Na tym tle wyróżnia się Małgorzata Gurowska i Marta Ignerska, nieszablonowane (choć nie do końca w moim guście) są również propozycje Arobala, nietrudno również zapamiętać Monikę Hanulak. Fajerwerków jest jednak mniej niż poprzednio.


Warto wspomnieć, że książka oznakowana jest w kilku miejscach logotypem łódzkiego festiwalu designu, który na końcu tomu umieścił otwarte zaproszenie (znów dla dzieci i rodziców) na kolejną edycję imprezy. Jednak uwaga chętni – w tym roku, inaczej niż w zapowiedzi, impreza odbędzie się latem, a nie tak jak zwykle w październiku.


Podsumowując: jeżeli jesteście prawdziwymi amatorami tematu lub po prostu lubicie mieć przysłowiowy „komplet” na półce – bierzcie obie. Ale jeżeli chcecie zdecydować się na jedną – czerwona będzie lepszym wyborem.

niedziela, 14 stycznia 2018

Monumentalne cuda i rekordy architektury. Atlas - recenzja

Zastanawialiście się, z jaką formą sztuki macie do czynienia najczęściej? W zależności od zawodu i upodobań można wskazać wiele obszarów twórczej aktywności człowieka, poczynając od książek, przez filmy, po muzykę, by wymienić najbardziej popularne. Istnieje jednak jeszcze jedna, niezbyt oczywista odpowiedź, która dla większości z nas okaże się prawdziwa. Jest nią architektura. To jedyna sztuka, w której da się zamieszkać i z którą – o ile nie opuścimy jej celowo – pozostajemy w kontakcie właściwie w sposób ciągły. Architektura od tysiącleci stanowi scenografię ludzkiego życia i właśnie ta oczywistość obcowania staje się największym wrogiem poznania jej, poświęcenia uwagi, na którą zasługuje.


Fakt ten znajduje odzwierciedlenie również na rynku książki ilustrowanej, który świetnie podchwytuje i odbija obowiązujące mody, replikując je w publikacjach adresowanych – w podstawowej intencji – do dzieci. Udało mi się odnaleźć w pamięci nie więcej niż 5 (sic!) współcześnie wydanych książek o architekturze skierowanych do młodego czytelnika, które niosły ze sobą walor poznawczy, a nie tylko rozrywkowy (jak np. udana skądinąd seria „Mamoko” autorstwa Mizielińskich, a zwłaszcza moja ulubiona gra/układanka „Mamoko na miasteczko”). Co ciekawe, bez wysiłku mogłabym wymienić więcej niż 5 adresowanych do dzieci tytułów o sztuce współczesnej, temacie w powszechnym rozumieniu znacznie bardziej hermetycznym, z którym zazwyczaj wchodzimy w dość sporadyczny kontakt. Niewielka ilość publikacji o architekturze to dziwna luka, która – mam nadzieję – szybko doczeka się wypełnienia.


Krokiem w tę stronę jest wydana w końcówce ubiegłego roku przez „Dwie siostry” archi-pozycja „Monumentalne cuda i rekordy architektury. Atlas”, przedruk francuskiej pracy duetu Sarah Favernier i Alexandre Verhille, wydanej w 2015 r. Monumentalna jest już sama książka, która mierząc niemal 40x30 cm głośno donosi o swojej obecności na każdym stoliku czy regale. Co rzuca się w oczy przy pierwszym spojrzeniu to także pieczołowita kompozycja ilustracji na okładce, dopracowane, choć niejednolite liternictwo i bogaty, ale dobrze współbrzmiący zestaw kolorów. Być może dla fanów bardziej oszczędnych rozwiązań książka wyda się nieco krzykliwa, ale skoro mają być „cuda i rekordy”, to listopadowa paleta po prostu nie przystaje. Co najistotniejsze, okładka wiernie oddaje styl ilustracji i sposób podawania tekstu w środku książki, a są one wielkim atutem tej propozycji.


Przyjęta formuła atlasu ma oczywiście swoje ograniczenia, jednak nie jest to fakt, na który należałoby się obrażać. Wyklejki zakomponowano wykorzystując chyba jedną z najpopularniejszych form obrazowania krajobrazów architektonicznych, czyli sylwetę. Nie zabrakło w niej sławnych wieżowców, pomników, ale też np. azjatyckich stup. Puryści mogliby doczepić się przeskalowanych postaci robotników, jednak – po pierwsze nie warto, a po drugie – dobrze podkreśla to fakt, że architektura, choćby najwspanialsza, pozostaje wytworem pracy ludzkich rąk. Warto wypatrzeć uroczy detal z dwoma siostrami, który stanowi tu pewną wisienkę na torcie.


Rolę spisu treści pełni tu mapa świata, która obejmuje wszystkie kontynenty, oprócz – co dość oczywiste – biegunów. Każdy kontynent to mniej więcej 6 stron rozkładówki w kolorem tła odpowiadającym oznaczeniu na mapie w spisie treści. Oznacza to ok. 35 budynków, które tworzą reprezentację lokalnej architektury. To oczywiście bardzo, bardzo mało. Ze zdziwieniem odkryłam, że w Ameryce Północnej nie oznaczono Fallingwater Franka Lloyda Wrighta, który to dom jest jednym z najsławniejszych obiektów dwudziestowiecznej architektury. Takich przykładów można by zapewne podać setki, jednak – co zrozumiałe – przy zakładanym formacie do pominięć musiało dojść i trzeba się z tym faktem po prostu pogodzić. Co szczególnie mnie cieszy w „Atlasie” to odejście od zachodocentryzmu i równe traktowanie architektury azjatyckiej, afrykańskiej, południowoamerykańskiej z tymi najbardziej opatrzonymi – europejską i północnoamerykańską. Podobnie egalitarne jest podejście autorów do czasu – nie zabraknie budynków antycznych, ale też pojawi się szeroka reprezentacja tych najbardziej współczesnych (aż do 2015 r. włącznie).


Pod względem treści każdy kontynentalny moduł otwiera uszczegółowiona mapa, zawierające informacja o ilości państw, powierzchni, różnicach czasowych, ilości mieszkańców, średniej gęstości zaludnienia i… średnich temperaturach w najcieplejszym i najchłodniejszym punkcie kontynentu. Po niej następuje 6 kluczowych stron na temat budynków i pomników; całość przedstawia się prosto i oszczędnie, w duchu infografiki. Każdy obiekt przedstawiony został jako syntetyczna grafika, zazwyczaj z sylwetkami ludzkimi dla zobrazowania skali (chyba, że ludzi „nie widać” przy ogromie budowli). Rysunkom towarzyszą szarfy z nazwą obiektu i zestaw różnorodnych informacji, począwszy od ciekawostek (ilość zużytych materiałów, wysokość, funkcja), przez informacje o kraju, gdzie dany obiekt się znajduje, latach i czasie trwania budowy, nazwisku architekta/nazwie biura projektowego po informacje o nagrodach czy umieszczeniu na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Całość dopełniają drobne wyjaśnienia dotyczące użytych w tekście terminów.


Wielbiciele opisów, które tłumaczą „czemu budynek zachwyca”, nie mają tu czego szukać. Pod względem merytorycznym zdarzają się drobne uproszczenia czy przeinaczenia (np. zakwalifikowanie – głównie dla zobrazowania skali – Statuy Wolności do drapaczy chmur), ale widać, że za treścią stoją dosyć rzetelnie przeprowadzone poszukiwania „cudownych i rekordowych” faktów. Jednak pasjonaci prostych, chociaż nie prostackich grafik utrzymanych w oszczędnej, ale nie ubogiej palecie barw powinni być zachwyceni. Sposób obrazowania poszczególnych realizacji jest bardzo przemyślany i podkreśla to, co „gra” w danym budynku, co stanowi jego istotę. Jeżeli jest to nietypowe załamanie fasady, w którym odbijają się stojące nieopodal wieżowce – budynek będzie pokazany w taki sposób, by dobrze to wyartykułować. Jeżeli na pierwszy plan wybijają się detale – zostaną należycie podkreślone. Jeżeli o urodzie budynku decyduje bryła – zostanie ona pokazana w możliwie ciekawy sposób. Chwała Bogu zrezygnowano tu z fotografii, które przy tym natłoku kolorów i czcionek uczyniłyby tę książkę bardzo nieprzyjazną w czytaniu. Postawienie na grafikę i liternictwo, abstrahując od tego, że wpisuje się w obecne trendy, pozwoliło na stworzenie żywej, różnorodnej i ciekawej kolorystycznie, ale bardzo spójnej, „stabilnej dla oka” książki. Pieczołowita realizacja pomysłu i dbałość o edytorskie szczegóły czynią „Atlas” wartym swojej ceny.


 „Atlas” jest ciekawą pozycją wprowadzającą w świat architektury w różnorodnych jej przejawach geograficznych i historycznych, doskonałym materiałem wyjściowym do dyskusji o tym „czym to się je”. Rozmowy tej jednak nie ułatwia, ponieważ publikacja pozbawiona jest jakiegokolwiek wstępu, który przybliżyłby świat architektury, jej uwarunkowania, konteksty, sposoby i okoliczności jej tworzenia. Dostajemy świetnie zilustrowaną i autentycznie ciekawą (również dla dorosłych) kolekcję rozmaitych „najów” z drobnym komentarzem. Choć chciałoby się trochę więcej – i tak można spędzić z tą książką przyjemne godziny. Drugiego takiego tytułu na polskim rynku po prostu nie ma.


piątek, 4 marca 2016

O rety! Nowy Samojlik! - recenzja



 

Co łączy żubra, bartnika, wydrę i ryjówkę? Zapewne spora część genów, ale przede wszystkim fakt, że każde z nich stało się bohaterem jednej lub kilku zabawnych i cennych książek Tomasza Samojlika, przyrodnika z Białowieży i popularyzatora rodzimej przyrody. Koniec jednak z detalem! W swej najnowszej książce – wydanej przez Oficynę Wydawniczą Multico O rety! Przyroda – badacz postanowił wziąć na warsztat ogrom polskiej przyrody per se. Jeśli więc mieliście dotychczas kontakt z żubrem, rzekotką czy krzyżakiem jedynie w dyktandach, nadarza się świetna okazja, żeby to zmienić!


Format wydania przypadnie do gustu tym, którzy polubili kontakt z Mapami Mizielińskich. Twarda oprawa, staranne szycie, dobry papier – od strony parametrów technicznych rzecz wydana jest nienagannie. Niestety, poziom załamuje się, gdy dochodzimy do korekty tekstów; błędów jest sporo, co dziwi, zwł. w relacji do ceny wydawnictwa. 


Oprócz wspomnianych niedociągnięć korekty, następne uchybienia trzeba wymyślać. Głównym ulepszeniem tej książki, jakie przyszło mi do głowy, jest wprowadzenie indeksu występujących w niej zwierząt i roślin. Gdy chcemy sprawdzić, czy bataliony składają jajka wiosną czy latem, albo kiedy właściwie rodzą się małe rysie, musimy kartkować całość, co jest oczywiście przyjemne, ale lepiej byłoby trafiać w cel od razu – zwł. że bohaterów tej książki jest co najmniej kilkuset.  

Świetnym zabiegiem zastosowanym przez Samojlika jest prezentacja rozmaitych ekosystemów; jak wiadomo wiosna wygląda zupełnie inaczej na polach, w górach i w mieście. Książka opisuje 6 pór roku (wiosna i lato podzielone zostały na wczesny i późny okres), a w każdej z nich mamy stały zestaw powracających środowisk: las liściasty, bór, góry, miasto, tereny nad rzeką i jeziorem oraz pola. Do niego dochodzą „dodatki specjalne” w postaci jaskiń, wybrzeża morskiego czy… mieszkania, którego flora i fauna również są reprezentantami krajowej przyrody. 


O rety! Przyroda łączy Samojlikowe poczucie humoru z – by pozostać w odpowiedniej metaforyce – końską dawką wiedzy o zjawiskach świata naturalnego. Od porostów, przez bezkręgowce, po wielkie ssaki, od bałtyckich traw, przez piaszczyste zakola, po regle i hale, przemierzamy z autorem tysiące metrów – w górę, w dół i na boki. Objętość treści powoduje, że podróż od okładki do okładki za jednym posiedzeniem jest raczej niemożliwa. Tym lepiej – warto powracać do książki w miarę zmieniania się warunków atmosferycznych lub innych okoliczności przyrody za oknem, warto zabierać ją na wycieczki (chociaż daleko jej do poręczności). 


Książka oprócz pryzmy faktów przyniesie nam też kontakt z dowcipem wysokiej (a czasem troszkę niższej, ale nadal dobrej!) próby, którym autor uatrakcyjnia wszystkie swoje popularyzatorskie publikacje. Jestem oddaną fanką nienawistnych sóweczek, którym nic się nie podoba, uwielbiam misia – fana dolnego regla, mam słabość do nucącego bobra (Dum di dum!). To właśnie takie zabiegi powodują, że łatwiej nam obcować z encyklopedyczną „zawartością” poszczególnych plansz. Proporcja faktów do „rozrywki” to mniej więcej 2:1 –widać, że żarty mają dopełnić, a nie przeważyć przekaz merytoryczny. 


Z radością obserwuję jak Tomasz Samojlik – rysownik-samouk – z tomu na tom rozwija swój warsztat, ekspresję i swobodę twórczą. Rozmaite perspektywy, dobre zharmonizowanie kadrów, bogata, ale nie krzykliwa paleta, umiejętnie oddany ruch i dokomponowane dymki – widać, jak procentuje doświadczenie wyniesione z tworzenia komiksów. Mam prawie wszystkie publikacje tego autora, począwszy od czarno-białego Ostatniego Żubra i z niecierpliwością czekam na kolejne! Każda z nich wnosi coś do mojej znajomości otaczającego świata, przy każdej dobrze się bawię – i mam wrażenie, że autor ma podobnie.  

 
Jeżeli chodzi o współczesny rynek wydawniczy, to książką, którą teoretycznie można by z O rety! Przyroda porównać jest Rok w lesie Emilii Dziubak. Piszę „teoretycznie” ponieważ zupełnie inny jest adresat propozycji Naszej Księgarni. Są to przede wszystkim młodsze dzieci – takie, które główną frajdę czerpią z kartonowych stron, kolorowych zwierzątek i ogólnego „dziania się” na obrazkach, bez szczególnych oczekiwań odnośnie treści (której u Emilii Dziubak właściwie nie ma). Jeżeli w Waszych podróżach celujecie w fakty i ciekawostki – bez wahania wybierzcie propozycję Samojlika. Do zobaczenia w lesie (lub borze, na brzegu jeziora, w jaskini czy u rybika  w łazience…)!

czwartek, 4 lutego 2016

"Skrzat nie śpi" Astrid Lindgren i Kitty Crowther z Zakamarków - pstrorecenzja


„Opowiedz mi taką historię, by zdarzyło się w niej wszystko a nic się nie działo”. Mogę sobie wyobrazić taką prośbę, zagadkę lub wyzwanie. Taką historią jest dzień z życia dziecka. Świat widziany przez magicznego oko zdumienia, choćby wydawał się chłodnym cynikom najbardziej banalnym, powtarzalnym i wydrenowanym z wrażeń zdarzeniem, okazuje się być siedzibą tajemnic, marchią zjawisk i rzeczy pisanych i przeżywanych Dużą Literą, ot – krainą wysyconej świadomości.

Uzyskanie utraconego do niej paszportu wymaga pracy. Jedni decydują się na szkoły zen, inni praktykują medytację, a jeszcze następni wybierają książki – ot choćby takie jak „Skrzat nie śpi” Astrid Lindgren.

ilustracje Hadalda Wiberga

Suspens jest wrogiem spokojnej kontemplacji, więc zdradzę Państwu charakterystyczny dla tej książki brak puenty. Pośród zimowego pejzażu stoi zagroda. Mieszkający w niej skrzat nie śpi. Postanawia obejść gospodarstwo i w końcu wraca do łóżka. Zagroda stoi nadal na tle bieli.  

Nie mniej biały jest wiersz (proza poetycka?) prowadząca nas przez książkę. Astrid Lindgren sparafrazowała tekst Victora Rydberga „Tomten” („Skrzat”) i o ile mogę ocenić po angielskim tłumaczeniu oryginału – bardzo jej się to udało. Wersja Szwedki zachowuje metafizyczny wymiar „Tomtena” i trafnie oddaje ducha odwiecznej zagadki następowania po sobie zjawisk, podając go w współczesnej formie, z dość równomiernie rozmieszczonymi, subtelnymi akcentami filozoficznymi. Co kluczowe – robi to w swoim ciepłym, mądrym i bardzo pogodnym stylu, który zjednał jej i zjednuje ciągle rzesze wiernych czytelników. Dzięki temu tekst jest piękny i prosty jak naleśnik, który jednak przecież bardzo przypomina księżyc, co odsyła jedzących w zupełnie inne rejony świata.
Wyrazy uznania kieruję też do tłumaczki, Anny Węgleńskiej, która potrafiła znaleźć język oddający charakter i ducha słów Astrid Lindgren. Wydawać by się mogło, że tłumaczenie książek dla dzieci to fraszka – proste słownictwo i składnia, codzienne tematy. Nic bardziej błędnego. Operując tak wąską paletą trzeba wykazać się nie lada kunsztem, by obraz pozostał magnetyczny – a takie właśnie są udane teksty dla dzieci i ich przekłady. „W taką noc ludzie kulą się w swoich małych domach i pilnują ognia, żeby nie zgasł”, a ja doceniam subtelne inwersje i upodmiotowienia, atmosferę wymykającą się odpowiedziom.


Z literą świetnie koresponduje warstwa ilustracyjna. Pyszne, bajkowe, choć wręcz IKEI-owskie (ale bez urazy) wycinanki z wyklejek stoją w pozornej kontrze do klasycyzujących, malowanych ilustracji Kitty Crowther (laureatki ALMA – Astrid Lindgren Memorial Award), a przecież świetnie je uzupełniają, grając na jednej nucie folkloru, nostalgii i śnieżnej sielanki.  Wizualny klimat tej książki  jest taki, że aż fiordy przychodzą jeść z ręki. Zapowiada to już ilustracja wybrana na okładkę, w której gra świateł, gestu i postaci jest wyjątkowo piękna, spokojna i cicha – w nastrojowy, wcale nie smutny sposób. Precyzja detalu, podkreślenie ruchów pędzla, wyczulenie na związki koloru ze światłem – te właściwości w przeważającej mierze budują baśniowy urok ilustracji. Nieobojętna dla sprawy jest też obecność dużej ilości różnego rodzaju zwierząt. Jeżeli jesteście podatni na świat Ilon Wikland, a jednocześnie szukacie czegoś bardziej wychylonego w stronę liryzmu kosztem pedanterii realistycznego przedstawienia – tandem Kitty Crowther & Astrid Lindgren jest w sam raz na Wasze potrzeby.

ilustracja Hadalda Wiberga

Można powiedzieć, że książka ta jest taka jak płótno okrywające jej grzbiet i skraj okładek – w ciepłym, nasyconym, a jednak nierażącym odcieniu, barwiącym nitki w powtarzalnych, prostopadłych, swojskich spotkaniach wątków i osnowy.

Można powiedzieć, że jest jak jej okładka – promieniejąca ciszą serdecznego, choć niewymagającego słów spotkania.

Można powiedzieć, że jest jak jej bohaterowie – zatopiona w ciszy snu lub czuwania.



Nieraz brakuje nam takich spotkań, barw, tej próby obecności – lub obecności tej próby. Dlatego warto zaprosić „Skrzata” do domu. O ile tylko nie boimy się momentów, gdy jest cisza i nic się nie dzieje. A może właśnie wtedy, gdy się tego boimy.